13 maja 2013

"Kapryśna sztuka"


- Izabelo, czemu podałaś na kolację szkielet ryby?
- Jakbyś chciał wiedzieć, to ryby też mają uczucia – Iza odpowiedziała z irytacją.
- Nie widzę związku – zdziwił się Hugo. Był z Izą od trzech lat, a ona nie przestała go zadziwiać.
- Czemu wy, faceci, jesteście tacy nieczuli?
- Kochanie, mogłabyś mi wytłumaczyć swoje myśli?
- Tak, tak, tak… W kółko to samo. Wszysto trzeba ci tłumaczyć.
- Chcesz mi prze to powiedzieć, że nie jestem wystarczająco inteligentny?
- Nie to miałam na myśli, Hugonie.
- Zacznijmy od początku. Jesteś bystrą, mądrą i piękną kobietą. Umiesz wspaniale gotować, ale dzisiaj postanowiłaś przyrządzić szkielet ryby zapiekany z serem w sosie beszamelowym. Mylę się?
- I tak, i nie.
- To wszystko wyjaśnia.
- Widzisz, Hugonie, dzisiaj jest święto ryb…
- Więc dlaczego nie zrobiłaś zupy rybnej?
- Dasz mi skończyć myśl, czy za każdym razem, kiedy będę próbowała ci wytłumaczyć mój złożony problem etyczny, będziesz mi przerywał? Dla mnie to jest ważne. Czy dla cebie jestem nieważna?
- Izo, oczywiście, że jesteś dla mnie ważna – nawet najważniejsza na świecie. I obiecuję nie przerywać ci wykładu – ostatnie słowo powiedział z odrobiną ironii.
- Cieszy mnie twój entuzjazm. Gotowy? – kiwnął głową prozumiewawczo. – Więc mogę zaczynać. Dzisiaj jest Dzień Ryb. We wczesnej kulturze ryby były uważane za bóstwa. Czczono je. Z okazji tego utworzono międzynarodowe święto, o którym prawdopodobnie nie słyszałeś – Iza doskonale potrafiła modulować głosem. Ostatnie zdanie napełnione było drwiną. – Ja postanowiłam uczcić to święto na swój sposób.
- Przepraszam, mogę o coś zapytać? – niepewnie wtrącił Hugo, gdy Izabela skończyła pierwszą część swojej wypowiedzi.
- Tak, proszę, mów.

5 maja 2013

"Patyk"

Pomieszczenie było małe – około dziesięć metrów kwadratowych. Z zewnątrz dobiegał hałas. Otto leżał na łóżku obok kobiety. Wydała mu się piękna. Blond włosy o poranku wyglądały jak jedwab. Wspaniałe ciało podniecało Ottona. Patrzył na nią w milczeniu. Obserwował unoszącą się i opadającą w równym tempie klatkę piersiową. Jeszcze spała. Ale kim ona jest? Otto nie mógł sobie przypomnieć.
Która była godzina? Nie mogło być południe. Prawdopodobnie wczesny ranek, słońce dopiero wzeszło. Otto rozejrzał się po pokoju. Jego ubrania leżały w nieładzie na podłodze.  Wstał chwiejnym krokiem, zakręciło mu się w głowie. Usiadł z powrotem na łóżku. Nie pamiętał, aby pił wczoraj alkohol. Nigdy też nie brał narkotyków. Spróbował wstać jeszcze raz. Ponownie rozbolała go głowa. Tym razem nie usiadł. Poczekał, aż ból minie.
Podszedł do okna. Nie poznawał okolicy.
„Co się ze mną dzieje? – rozmyślał Otto. – Gdzie ja jestem? Czemu nic nie pamiętam? Może to ma jakiś związek z dniem wczorajszym. Ale… ale ja nie pamiętam, co się wczoraj wydarzyło....”
Zaczął powoli wkładać spodnie. Zapiął pasek na piątą dziurkę. Klamra przedstawiała godło tajnej organizacji. Wydała mu się jednocześnie obca i znajoma. Nie wiedział, skąd ją ma – widział ją po raz pierwszy na oczy. Przypominała mu coś. Zawiązał czarno-czerwone buty. Włożył zieloną koszulkę, która opinała szeroki tors i uwydatniła mięśnie.
Przeszukał kieszenie jeansów. Znalazł telefon komórkowy. Sprawdził rejestr połączeń – żadnego nie pamiętał. Uruchomił książkę telefoniczną. Przeczytał pierwsze piętnaście nazwisk. „Nie znam tych imion. To mój telefon? – w tym momencie uświadomił sobie bardzo ważną rzecz. – Kim ja jestem?” Ponownie wsunął ręce do kieszeni. Nie było w nich żadnych dokumentów. „Bluza! W bluzie mogą być paszport, jakaś legitymacja, dowód osobisty…” Podszedł do krzesła, na którym zawieszona była szara bluza z pomarańczowymi deseniami. „Przynajmniej tyle potrafię – odróżniać męskie ubrania od damskich.” Sprawdził… Kieszenie były puste. Przeszukał pokój wzdłuż i wszerz. Nie znalazł nic, co wyglądało by na dowód tożsamości.
Wziął bluzę, ostatni raz spojrzał na piękną nieznajomą i wyszedł. Nie wiedział dokąd idzie, gdzie się znajduje. Na ulicach nie było żywej duszy. Otto nie mógł nikogo zapytać, na jakim kontynencie się znajduje. „Mogę zakładać, że cały czas jestem w Europie. Taki klimat nie występuje nigdzie indziej. Tak, to jest na sto procent Europa. Tylko jaki kraj? – podrapał się po głowie. Rozejrzał dookoła. Przeanalizował styl budynków. – Hmmm… To musi być Portugalia. Boże, jak ja się znalazłam w Portugalii? Dobra, człowieku, skup się. Na pewno coś wymyślisz. Przede wszystkim jedzenie.”
Wszedł do pierwszego napotkanego sklepu. Wziął butelkę wody, ale nie miał czym zapłacić. Odstawił ją. Przeszedł się wzdłuż regałów z batonami, później stanął przed półkami z owocami. Przeniósł wzrok na sprzedawcę - starszy, siwe włosy, niezgrabne ruchy, okulary. Mężczyzna odwrócił się tyłem do sklepu i zaczął ustawiać towar. Otto delikatnie podniósł głowę i sprawdził, czy są zainstalowane kamery. Dostrzegł jedną w przeciwnym rogu pomieszczenia. Stanął do niej plecami, wyciągnął telefon i zaczął pisać sms. Drugą ręką powoli chwycił dwa jabłka i szybkim ruchem schował pod bluzę. Wrócił po wodę. Przechodząc ponownie koło regałów z batonami, Otto dyskretnie wziął trzy z orzechami. Dbając, aby kamera nie widziała jego rąk, sięgnął po dwie butelki wody. Wszystko schował pod bluzę. Zrobił spacer po całym sklepie, po czym zapytał sprzedawcę, czy może dostać dwa metry grubego sznura, którego oczywiście nie było w asortymencie. Spokojnym krokiem wyszedł ze sklepu. „ Sztuczki z dzieciństwa zawsze działają – uśmiechnął się pod nosem i ruszył w kierunku lasu.”

3 maja 2013

"Z pozoru zwykły dzień"

                Godzina siódma rano. Andrew śpi słodko jak niemowlę. Nikt by nie przypuszczał, że pod maską płatnego mordercy kryje się wrażliwy człowiek. Telefon zaczyna dzwonić. Nie był to dźwięk, który ustawił jako budzik. Dopiero po kilku sekundach mężczyzna zdał sobie sprawę, że słyszy dzwonek telefonu służbowego. W jednej chwili zeskoczył z łóżka i pochwycił komórkę w rękę. Szef nie był człowiekiem cierpliwym i nie lubił nieposłuszeństwa.
                - Słuuuuucham – Andrew powitał admirała Kostkę długim ziewnięciem.
                - Kapitanie, namierzyliśmy ofiarę w południowej części Francji. Uda się pan natychmiast do Bazy Dowodzenia w Krakowie i odbierze szczegółowe instrukcje dotyczące przydzielonego panu zadania. Zrozumiano?
               - Tak jest, admirale.
                Rozmowa trwała krócej, niż Andrew się spodziewał. Zawsze dostawał wszystkie informacje telefonicznie lub mailem. Tymczasem musiał udać się do miejsca, które omijał szerokim łukiem. Nie lubił rozmów i kontaktów z innymi działaczami – jak o sobie mówili. Nie przepadał również za dowództwem. Nigdy nie dawali dojść mu do słowa. Przekazywali polecenia i na tym kończyła się rozmowa.
                Ostatni raz Andrew był w Bazie trzy lata temu. Teraz musiał przypomnieć sobie czynności umożliwiające dostanie się do środka. „Koło katedry, potem wąską uliczką… - myślał – nie, to nie tak… może zadzwonię do Agaty? Ona powinna mnie zrozumieć… Też miała kiedyś podobne problemy…”
                Wziął telefon do ręki. Chwila zawahania. Nie wiedział, czy zadzwonić z prywatnego numeru czy służbowego. Postanowił spróbować pierwszej możliwości. „ Powinna mi pomóc, byliśmy kiedyś dobrymi przyjaciółmi. Jeżeli nie będzie chciała, zawsze mogę zadzwonić z telefonu służbowego i wydać jej rozkaz – w końcu ma niższy stopień.”
                - Dzień dobry – głos jej się zmienił, inaczej go zapamiętał.
                - Cześć, Aga. To ja, Andrew. Mam kłopot z dojściem do Bazy. Pomożesz mi?
                - Nie poznałam cię. Dojść do Bazy chętnie ci pomogę. Wystarczy przejść przez zaplecze w „Małym Sklepie Zoologicznym”. Dalej cię pokierują. Stałeś się wielką szychą, Andrew. Ale lepiej się pospiesz, wiesz, że dowództwo nie jest łaskawe wobec spóźnionych.
                - Serdecznie dziękuję. Do zobaczenia.
                Odłożył słuchawkę. Zaczął się ubierać w szaro niebieski mundur. Spakował plecak. Przygotował broń. Wyszedł.
                Na zapleczu już na niego czekali posłańcy. Zaprowadzili go do sali konferencyjnej, gdzie czekał admirał Kira we własnej osobie. „Tak dawno go nie widziałem – pomyślał. – Zestarzał się.” Kira miał na sobie zielony mundur admirała, a w ręce trzymał najnowszy model broni. Oprócz niego na sali nie było nikogo.
                Andrew odebrał rozkaz. Miał za zadanie złapać, w ostateczności zabić człowieka , który nazywa się Ryszard Młyńko. Mężczyzna dostał wyrok dożywocia, uciekł z więzienia przed trzema miesiącami. Do tej pory pozostawał nieuchwytny. Pięć lat temu sąd skazał go za piętnaście gwałtów na nieletnich. Andrew nienawidził przemocy seksualnych. Brzydził się nimi, a sprawców zabijał bez zawahania.
                Wylot do Nicei  zaplanowany był na godzinę 11.00. Odprawa przebiegła sprawnie, prywatny samolot wystartował dziesięć minut po czasie. Komplikacje zaczęły się jednak po pół godziny lotu. Dostał mały pakunek.
                - Jest pan gotowy do skoku? – zapytał pilot. - Wręczy to pan kobiecie, która będzie na pana czekała po lądowaniu. Wszystko ma wyglądać naturalnie: pan w niezwykły sposób wręcza babci urodzinowy prezent, zabiera ją to domu i cieszy się ze spotkania po długiej rozłące. W rzeczywistości tajna agentka zabiera pana do kwatery głównej dowodzenia. Zrozumiał pan?
                „Jakiego skoku? –tylko ta informacja zapisała się w pamięci Andrew. -Czemu nikt mi nie powiedział wcześniej o skakaniu? Nie cierpię skakać!.... Dobrze, pomyślmy. Przede wszystkim uspokój się i nie daj po sobie poznać, że się boisz. Jesteś zawodowcem, Andrew. Nic nie jest ci straszne… a może jednak?”
                - Dajcie mi jeszcze pięć minut na włożenie skafandra i założenie gogli – odpowiedział ze stoickim spokojem. - Gdzie mam wylądować?
                Andrew przeszedł wiele szkoleń, ale żadnego o tematyce skoków spadochronowych. Czytał wiele książek i podręczników, jednak tylko jeden był o technice skoków. Postanowił zaryzykować. Przeczytał szybko instrukcje napisane na plecaku od spadochronu. „Zapamiętaj: najpierw niebieska, później ewentualnie czerwona.” Tego typu zdania powtarzał, gdy stał w drzwiach i czekał na sygnał od pilota, że może bezpiecznie skakać. „Jak gdyby skakanie z samolotu było bezpieczne” – pomyślał Andrew.
                - Trzy… Dwa… - Andrew nigdy nie dostał tak potężnej dawki adrenaliny. –Jeden.
                Skok.
                Pierwsze uderzenie powietrza odebrało mu zdolność oddychania. Po chwili dopiero przypomniał sobie wskazania: „Wypuścić całe powietrze z płuc. Następnie wziąć głęboki wdech.” Pomogło. Znowu mógł oddychać i… myśleć. Spostrzegł, że ziemia jest bardzo daleko od niego, a może to on jest bardzo daleko od ziemi. Andrew tego nie wiedział. Zaczął kalkulować, kiedy ma pociągnąć za linkę. „Boże, która to była? – spanikował. – Niebieska czy czerwona? Niebieska.”
                Po trzydziestu sekundach od opuszczenia samolotu opanował emocje. Zaczął trzeźwo myśleć. Spodobało mu się to nawet. Uznał, że jest już wystarczająco blisko ziemi i pociągnął niebieską linkę. Czasza spadochronu otworzyła się z wdziękiem. Andrew poczuł, że zwalnia. „Jeszcze chwila. Trzydzieści sekund… Dwadzieścia… Dziesięć. Przygotuj się, Andrew. To może zaboleć.”
                Ugiął lekko nogi. Rozluźnił się. Dotknął ziemi i delikatnie zamortyzował lądowanie. Cieszył się, że jest już po wszystkim. Szybko przypomniał sobie o powierzonym mu zadaniu. Dostrzegł, że starsza kobieta już do niego idzie. Andrew mógłby zostać aktorem. Profesjonalnie zagrał swoją postać stęsknionego wnuczka. Kobieta bynajmniej nie była od niego gorsza. Jej zachwyt i radość wydawały się naturalne. Nie dało się dostrzec podstępu.
                Babcia zabrała wnuczka do swojego domku z wspaniałym sadem. Wewnątrz wszystko wyglądało zwyczajnie. Cały sprzęt ukryty był w piwnicy. Przyjrzał się wszystkiemu dokładnie, mieli nowszą technologię, bardziej zaawansowany technicznie sprzęt. Była godzina 17.00, gdy skończył rozeznanie w nowym miejscu. Babcia – a właściwie agentka Olive – podała mu obiad.
Opracowali plan ataku. Cel był pod ciągłą obserwacją. Znali każdy jego ruch. Postanowili zastrzelić go podczas porannego biegania. Andrew miał na niego czekać koło małego mostku w pobliżu sosnowego lasu. Była to misja indywidualna. Nie zakładała angażowania w nią innych osób. Był tylko Andrew.
Położył się do łóżka koło godziny dwudziestej. Otworzył książkę, chciał poczytać, odprężyć umysł. Jednak jak przed każdym końcowym punktem jego zadań, nie mógł skupić się na tekście. Słowa nie składały się w logiczną całość. Odpuścił sobie lekturę. Długo nie mógł zasnąć. Nazajutrz miał zabić człowieka.


Ah.. Warszawa